Wybory samorządowe: Polaku, włącz myślenie

http://kacikromana.pl/najciekawsze-plakaty-prl/
Posłuchajcie bajeczki. Oto mamy otwarty konflikt Ukraina – Rosja. Gdzieś w Europie jest fabryka broni X, która zaopatruje rosyjską armię. W innym miejscu z kolei stoi fabryka Y, która sprzedaje karabiny Ukraińcom. A jeszcze gdzie indziej działa zakład Z, który nie zamierza stawać po żadnej ze stron i twierdzi, że nie będzie wspierał jednych przeciwko drugim. Tak wygląda arena wydarzeń w naszej bajce.

I właśnie. Pewnego dnia fabryka Z ogłasza światu przez krzykliwy megafon: Dość prywaty! Dość mordowania X przez Y i Y przez X! My wprowadzimy nową jakość i nauczymy świat, że nie wolno stawać po danej stronie i reprezentować jej interesów! My jesteśmy niezależni i przez to uczciwi, moralni i etyczni!

W odpowiedzi ludzie wrzeszczą Alleluja i zaczynają wspierać fabrykę Z. Idą datki, głosy poparcia, dziewczynki w wianuszkach na głowach machają chorągiewkami, pozdrawiając bohaterów, kobiety ronią łzy szczęścia, a na klombach śpiewają tulipany. W powietrzu latają anioły i bociany z roześmianymi dziećmi w bawełnianych zawiniątkach.

Tylko momencik... Czy ktoś tu czasem nie zapomniał, że Z również produkuje i sprzedaje broń, która służy do zabijania, bo przecież takie jest przeznaczenie tej fabryki? Mało tego, z uwagi na fakt, że zakład Z jest niezależny, z powodzeniem handluje na boku i z Rosjanami, i z Ukraińcami, zarabiając na tym konflikcie więcej niż X i Y... Bo zawsze, od początku istnienia świata, gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.

Po co ta opowieść?

To taka mała alegoria wyborów samorządowych w Polsce. Od dawna walczą w nich stronnictwa polityczne zwane partiami. Przesyt ich propagandą był tak duży, że parę lat temu ludzie zapragnęli zmian.

I oto pojawiły się na wyborczym rynku ugrupowania obwieszczające kres samorządowego politykierstwa, kres dzielenia miast między partie. I ludzie radośnie popłynęli na fali tej propagandy, nota bene opartej na "najlepszych" bolszewickich wzorcach. Rzecz w tym, że zapomnieli o najważniejszym. Tak zwane "bezpartyjne" ugrupowania to nic innego jak nowe partie – tym bardziej niebezpieczne, że dzięki swej pompowanej w mediach "niezależności" kręcą na boku lody i z lewicą, i z prawicą, bo póki się nie opowiesz po żadnej ze stron, spokojnie możesz handlować ze wszystkimi.

I tak np. wielki bezpartyjny wódz (choć Bogiem a prawdą bardziej lokalny kacyk) jednego z miast dolnośląskich jedną ręką wygrażał partiom, a drugą rozdawał w lokalnych radach nadzorczych stołki działaczom PiS. Kolejny wielki bezpartyjny wódz jedną ręką wygrażał partiom, drugą wznosił kieliszek, chlejąc wódę z ministrem z PO. Podobnych przykładów jest znacznie więcej i coraz częściej przyjmują one wzorzec quasi-mafijny, bowiem każdy wielki bezpartyjny staje się po prostu donem.

Za tydzień wybory. Myślenie warto włączyć już dziś.
Trwa ładowanie komentarzy...