Zwłoki do zabawy, kościół na opał – dolnośląskie kuriozum

21 porzuconych ciał. Oderwane i zabrane na pamiątkę głowy, spalone torsy, a nawet zwłoki dziecka pozbawione kończyn i przebite drewnianym kołkiem. To nie jatka z nowego niskobudżetowego horroru, lecz scena z życia. Tak za wiedzą i milczącym przyzwoleniem czynników urzędowych prezentował się w latach 90. stan kaplicy grzebalnej w opuszczonej dolnośląskiej świątyni. Dziś po zwłokach prawie nie ma już śladu, a sam kościół niknie w oczach, rozbierany przez okolicznych mieszkańców na opał. Na skutek przestępczego procederu umiera niezwykły obiekt dziedzictwa narodowego, który niegdyś był piastowskim zamkiem. Jak to możliwe? Od 20 lat sprawa jest konsekwentnie wyciszana…

Z daleka świątynia wciąż wygląda jak zamek i góruje nad wsią, przyciągając zaciekawiony wzrok z rzadka przejeżdżających tędy turystów. Obiekt pomijany jest przez nowe przewodniki, a wokół jego współczesnych losów od przeszło 20 lat panuje ponura zmowa milczenia. Dla miejscowych to po prostu część lokalnego krajobrazu. Przyjezdni natomiast w ten strony na ogół się nie zapuszczają, bowiem wieś leży na uboczu, a okoliczne miasta - Lubin i Polkowice - łączy dziś nowoczesna, szybka trasa, która z dala omija miejscowość.


Ustne podania mówią, iż pierwotnie istniała tu, położona pośród bagien, palowa osada. Sam zamek, zbudowany przez księcia głogowski Henryk III, po raz pierwszy wymieniony zostaje w 1331 roku. Posiadłość przekazana zostaje wtedy Zygmuntowi Krzysztofowi von Rottenberg. W 1361 roku Henryk V, książę Żagania, sprzedaje zamek wraz z Polkowicami i Chobienią. W 1419 roku, podczas wojny husyckiej, twierdza zostaje uszkodzona. Odbudowana przez księcia wrocławskiego, podczas wojny trzydziestoletniej ulega częściowemu zniszczeniu. Jak wynika z przekazów, zamek nigdy nie zostaje już odbudowany. W 1744 roku obiekt przechodzi wraz z dobrami w ręce Christiana von Busse, który na ruinach wznosi około roku 1750 kościół ewangelicki. Posiadłość, opuszczona podczas II wojny światowej, od 1945 roku popada w ruinę.


Sam obiekt wydaje się być kością niezgody. Czy to polska warownia, czy niemiecka świątynia? - pytają zainteresowani. Odpowiedź jest prostsza, niż to się z pozoru wydaje. To obiekt dziedzictwa europejskiego. Niegdyś piastowski zamek, potem ewangelicki kościół. To zabytek, który postrzegać należy przez pryzmat kultury, sztuki i historii, a nie polityki. Tym bardziej, że obiekt wkrótce zniknie z mapy, bowiem największych zniszczeń doznał współcześnie, a ledwie 20 lat temu na jego terenie miały miejsce ponure wydarzenia, które przypieczętowały los świątyni.

Fala poszukiwaczy skarbów i zwykłych wandali, która bez przeszkód przelała się przez Jędrzychów, zostawiła po sobie niezatarte ślady. Na początku lat 90. ujawniłem w mediach, iż doszło do profanacji zwłok spoczywających na terenie kościoła. W tamtejszej kaplicy grzebalnej pozostało bowiem 21 zmumifikowanych ciał. Tylko jednemu nie oderwano głowy. Część ciał została spalona, a pozbawione kończyn zwłoki dziecka przeniesiono do pobliskiej piwnicy, gdzie przebito je drewnianym kołkiem. Wszystkie trumny porozrzucano i rozbito prawdopodobnie w poszukiwaniu kosztowności.

W 1994 roku zwłoki postanowiono w końcu godnie pochować w ziemi, aby położyć kres dalszej profanacji. Burmistrz Polkowic przeznaczył na ten cel 25 milionów starych złotych. Zatrudniony grabarz rozpoczął prace tydzień przed pogrzebem. Ponieważ jednak wejście do kaplicy było zamurowane, ciała przerzucał przez małą dziurę, wybitą wysoko nad posadzką. Po wstępnych oględzinach zdecydował, że do pochówku wystarczą cztery trumny. Gdy jednak je dostarczono, okazało się, że w pomieszczeniu grzebalnym znajduje się znacznie więcej zwłok. Grabarz postanowił więc zmniejszyć nieco ich objętość, łamiąc je w odpowiednich miejscach i upychając w czterech trumnach, z których uprzednio wyrwał białe płótno, by zwiększyć pojemność skrzyń. Na terenie zboru wykopał płytki dół. Prace zakończył dzień przed pogrzebem.


Praca grabarza z Polkowic, pomijając już nawet metody działania, pozostawiała wiele do życzenia. Niedługo po pogrzebie odkryto bowiem, iż w kaplicy pozostały co najmniej dwa ciała i masa resztek, takich jak oderwany od czerepu długi warkocz, żuchwy, piszczele i dłonie. To z kolei zachęciło poszukiwaczy sensacji do dalszej dewastacji. Członkowie jednej z wielu takich dzikich wycieczek zdecydowali się odwiedzić kaplicę i dokładnie przeszukać porozrzucane, połamane trumny. W pracy w ciemnym pomieszczeniu pomagało im światło parafinowej świeczki umocowanej na fragmencie czaszki. Po pewnym czasie w niewiadomym celu wyciągnęli oni bezgłowe ciało kobiety, pozostawiając je na trawie przed budynkiem.

Dziś po zwłokach i trumnach nie ma już śladu, jednak zmowa milczenia wokół sprawy trwa. Mimo wielu materiałów w prasie lokalnej, regionalnej i ogólnopolskiej ani jakikolwiek stosowny urząd, ani właściciel nie zdecydowali się na oficjalne rozwiązanie problemu. Sprawę skutecznie zamieciono pod dywan, stosując przy tym działania mające na celu dezinformację zainteresowanych. Udało się to do tego stopnia, że niemieckie stowarzyszenie miłośników obiektu, które chciało wykupić świątynię, nie zdołało dowiedzieć się nawet, kto jest jej właścicielem. Przed podaniem takich informacji bronił się bowiem nawet sam urząd konserwatora zabytków.


Portal "Zabytki Dolnego Śląska" 10 października 2012 roku donosił:

Do odpowiedzialności za stan kościoła niewielu się przyznaje. Przedstawiciele urzędu gminy w Polkowicach, jak i Urzędu Ochrony Zabytków w Legnicy twierdzą, że budynek należy do parafii w Jędrzychowie. Potwierdza to Ewa Szczecińska-Zielińska, rzecznik prasowy burmistrza Polkowic i Dagmara Kużdżał z archiwum zabytków. Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna. - Właścicielem tego obiektu jest parafia w Szklarach Górnych - odsyła nas proboszcz z Jędrzychowa, ks. Daniel Wójcik. Dlaczego? Tego nie wie nawet ks. Marian Gorący, proboszcz parafii św. Piotra i Pawła w Szklarach. (...) W 2005 roku świątynię chciało kupić niemieckie Stowarzyszenie Miłośników Zamku Heiznenburg. Jednak jego założyciel, Jacob Kuhn, zaprzestał prób przejęcia dawnego zamku nie mogąc znaleźć osoby za niego odpowiedzialnej.
(źródło)

Kiedyś na piętra świątyni wejść można było solidnymi dębowymi schodami. Gdzie się podziały? Oto prawdziwe kuriozum. Rozebrano je, niszcząc zabytkową klatkę schodową po to, by... zabezpieczyć zabytek. Pozyskanymi w ten sposób deskami uzupełniono wyrwy w murze otaczającym świątynię. To nie jedyne w Polsce miejsce, gdzie uznano, że przysłowiowy ogień zwalcza się ogniem, czyli najlepszą ochroną przed dewastacją zabytku jest jego zniszczenie. Usunięcie schodów wiele jednak w tej materii nie zmieniło - jeden z pomysłowych mieszkańców przyniósł tu bowiem ostatnio własną drabinę.

Zabytek przez minione lata ani razu nie był właściwie zabezpieczony, co zaowocowało stałą dewastacją, która w tym roku osiągnęła kulminację. Mieszkańcy okolicznych wiosek rozbierają właśnie salę do nabożeństw, tak pozyskane drewno przeznaczając na opał. Dwa tygodnie temu skradziono w ten sposób ambonę oraz część empor.

Czyżby prawo polskie zezwalało na taki proceder? Bynajmniej. Przepisy są jednoznaczne. Artykuł 288 kodeksu karnego mówi, iż kto cudzą rzecz niszczy, uszkadza lub czyni niezdatną do użytku, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. Istnieje też legislacyjny bat na plecy właściciela. Art. 110 ustawy o ochronie zabytków wskazuje wyraźnie: kto będąc właścicielem lub posiadaczem zabytku nie zabezpieczył go w należyty sposób przed uszkodzeniem, zniszczeniem, zaginięciem lub kradzieżą, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny.

Niestety, nie ma odważnych, którzy wyegzekwowaliby prawo, czynniki urzędowe bagatelizują problem, a właściciel obiektu absolutnie nie jest tematem zainteresowany.

Tymczasem sprawa jest poważna. Od 1960 roku, kiedy obiekt trafił do rejestru zabytków, nie zrobiono nic, by uszczelnić dach. Deszcze zalewają więc wnętrze kościoła, niszcząc jego drewniane elementy. Przegniłe deski, wyrwy w podłodze, zapadające się empory - wszystko to sprawia, że każda wizyta w świątyni jest szalenie niebezpieczna. Budynek się rozsypuje, a w trawie ukryte są zapadliska – w tym dziura w stropie piwnicy pod wieżą dzwonniczą. Jeśli dobrze poszukać, można też znaleźć resztki ciał wciąż używane do... zabawy.

Jakie będą dalsze losy świątyni? Wkrótce zawali się i zniknie z mapy dziedzictwa narodowego, a osoby odpowiedzialne nie poniosą żadnych konsekwencji. Stosowne pismo w tej sprawie Łowcy Przygód, których reprezentuję, przesłali do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ambasady Niemiec w Warszawie, Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu, Burmistrza Polkowic, Wojewody Dolnośląskiego i Legnickiej Kurii Biskupiej. Pozostaje czekać na odpowiedź...



Z zabytkami architektury jest dokładnie tak, jak z zabytkami kultury. Gdybyśmy palili partytury Mozarta, rozbijali płyty orkiestry Glenna Millera, a nagrania Mieczysława Fogga spuszczali w klozecie, jedynym naszym dziedzictwem byliby dziś Michał Wiśniewski i zespół Weekend. Warto to przemyśleć...

Marcin M. Drews

PS. Zadaniem cyklu Łowcy Przygód nie jest tropienie afer, lecz prezentowanie czytelnikom i widzom miejsc niezwykłych na mapie Polski – miejsc, o których zapominają przewodniki. Odkrywamy historię, uczymy szacunku do niej, zachęcamy do aktywności turystycznej i odkrywania mało znanych atrakcji – nie tylko historycznych, ale i przyrodniczych. Nie możemy jednak przejść obojętnie obok dziejącego się na naszych oczach przestępstwa.
Trwa ładowanie komentarzy...